DREAM OUTFIT: PARISIAN AUTUMN

Parisian

Senso boots, H&M coat, backpack and jeans, Asos fedora hat, Wood Wood T-shirt, Marc Jacobs notebook

BEAUTY TALKS: moje ostatnie odkrycia kosmetyczne

Ponieważ dawno nie pojawił się na blogu wpis z serii beauty (poprzednie znajdziecie tu i tu), dziś chce podzielić się z wami moimi odkryciami kosmetycznymi ostatnich miesięcy. 


Na pierwszy ogień pójdzie nektar termiczny Kerastase. Suche z natury, wiecznie poplątane niczym gniazdo szerszeni, gęste, ale okropnie łamliwe, a do tego rozjaśniane. Kiedy moje włosy zupełnie wyrwały się spod kontroli i zaczęłam już rozważać znaczące skrócenie ich długości, wypróbowałam odżywkę ostatniej szansy, o której pieśni chwalebne krążą po sieci. Cud, drogie panie, cud! Ten magiczny efekt jak od fryzjera uzyskuję samodzielnie. Moje kłaki nigdy nie były tak miękkie i błyszczące, jak po tym boskim darze marki L'oreal. Dodatkowym atutem jest piękny zapach, odpowiednia konsystencja - nie lejąca i nie za gęsta, i sposób aplikacji: na osuszone ręcznikiem włosy, bez konieczności spłukiwania. Cena naprawdę wysoka, ale desperatkom polecam! (w sieci do kupienia za ok. 100 zł)


Jeśli sława lakierów Essie dotarła nawet do takiej ignorantki manicurowej, jak ja (dostępne np. tutaj) nie mogłam się oprzeć i zakupiłam piękny, miętowy odcień mint candy apple. Jak wskazuje obecność jego kolegi na zdjęciach (tym razem padło na lilacism, który udało mi się dorwać na przecenie za niecałe 20 zł) - kosmetyk okazał się wart swej niemałej ceny. Piękne kolory, brak smug, silne krycie i solidna trwałość sprawiają, że od tej pory planuję inwestować w produkty Essie raz na jakiś czas, zamiast kupować inne, tańsze lakiery "na oślep" i denerwować się z powodu smug i odprysków (zwłaszcza, że nie maluję paznokci zbyt często, więc buteleczka starcza mi na długo).


Podczas pobytu w Niemczech skusiłam się na zakup podkładu w kompakcie i tuszu do rzęs firmy Make Up Factory, z którą wcześniej nie miałam styczności i nie jestem pewna, czy jest dostępna w naszym kraju. Podkład kosztował mnie 19 euro, a tusz - 15.


Cream to Powder Foundation w odcieniu nr 9 okazał się najlepszym kompaktem, i jednym z najlepszych podkładów, jakie kiedykolwiek stosowałam! Bardzo jasny, żółty odcień stopił się idealnie z kolorytem mojej cery niwelując wszelkie zaczerwienienia. Mile zaskoczyło mnie genialne wręcz krycie, mogłam nawet obyć się bez korektora, bez którego normalnie nie wyobrażam sobie makijażu. Kremowa konsystencja, zero smug i bardzo praktyczne opakowanie z lusterkiem i gąbeczką, dzięki czemu aplikacja kosmetyku, gdziekolwiek się znajdujemy, jest szybka i dziecinnie prosta. Minusy widzę tylko dwa: niekoniecznie powalająca trwałość oraz bardzo niska wydajność - podkład wystarczył mi na około 3, maksymalnie 4 tygodnie stosowania, ale taka już chyba wada wszystkich kremowych kompaktów. 


Maskara Lash Maximizer okazała się być bardzo w porządku, ale bez szału. Moje rzęsy są stosunkowo rzadkie, każde żyje własnym życiem, a w dodatku rosną niemalże w dół i bardzo muszę się natrudzić, aby je podkręcić. Wymagania wobec tuszu mam więc duże i lubię te dające naprawdę mocny efekt, Lash Maximizer nie do końca spełnia te wymogi. Rzęsy są niesklejone, trwałość w porządku, jednak po kilku tygodniach używania tusz zaczął się kruszyć i osypywać. Efekt przy nałożeniu 2-3 warstw jest dość mocny, ale moim zdaniem spokojnie możnaby znaleźć tańszy odpowiednik tej maskary.

A jakie są wasze ostatnie odkrycia kosmetyczne? Podzielcie się nimi w komentarzach! :)

Just Lviv it! Moja pierwsza wizyta na Ukrainie

Postanowiłam wreszcie odkopać zdjęcia z mojego pierwszego w życiu wypadu na Ukrainę, który odbyłam pod koniec sierpnia. W związku z panującą tam sytuacją, nie obyło się niewielkiej dozy strachu i niepewności, czy to aby na pewno bezpieczne - choć przecież wiedziałam, że konflikt zbrojny toczy się na drugim końcu kraju. Ciekawość wygrała z wątpliwościami i to była doskonała decyzja, Lwów podbił moje serce i zapisał się na liście ulubionych miejsc.


Zachodnia część Ukrainy, jak wiemy, należała do Polski, i na pierwszy rzut oka niewiele się od niej różni - tylko czas jakby stanął w miejscu przed kilkoma dekady. Przyznam się bez bicia, że nie spodziewałam się zbyt wiele i byłam przygotowana na powrót do przeszłości w pejoratywnym znaczeniu. Tymczasem Lwów okazał się bardzo silnie przypominać mi Kraków, który uwielbiam. Ten sam kameralny, nieco staroświecki klimat, stare kamienice, leniwa atmosfera i mnóstwo klimatycznych knajpek w uroczych zaułkach. O tym, że nie jestem w Polsce, przypominały mi głównie pisane cyrylicą szyldy. 

 W pierwszej kolejności wybrałam się na wieżę ratusza, co okazało się nie lada wyzwaniem dla mojej podupadłej kondycji. Powstała w I połowie XIX-go wieku wieża wznosi się bowiem na wysokość 65 metrów, a na szczyt prowadzi nas dokładnie 306 stromych, wąskich i krętych schodków - bardzo strachliwym nie polecam ;) Widok na miasto w ten piękny, słoneczny dzień był jednak wart zachodu - sami spójrzcie!


A tu wystawa przeuroczego sklepiku z kolorowymi cukierkami wyrabianymi przy nas, na poczekaniu:

Jak przystało na miasto artystów, na ulicach zetkniemy się z różnymi rodzajami sztuki.

...także nawiązującej do polityki. Ukraińcy to patrioci z krwi i kości. Wojna nie sięga tej części kraju, ale na ulicach spotkamy mnóstwo kobiet i mężczyzn w ubraniach z tradycyjnym ukraińskim wzorem, flagi narodowe na wystawach sklepów. Od znajomych Ukraińców dowiedziałam się, że w ramach zjednoczenia przeciw Rosji nawet kibice piłki nożnej zawiesili konflikty, nie ma mowy o bójkach. Doświadczyłam tego na własnej skórze wybierając się po raz pierwszy w życiu obejrzeć "prawdziwy" mecz na lwowskim stadionie, gdzie nie dało wyczuć się grama niechęci kibiców przeciwko sobie, natomiast wszyscy pełną piersią śpiewali pieśń o panu Putinie, której zacytować mi tu nie wypada. Ukraińcy nadali mu zresztą pseudonim "Putler"... Żałuję, że nie miałam przy sobie aparatu podczas rajdu po sklepach z pamiątkami, gdzie można było zaopatrzyć się w papier toaletowy z podobizną rosyjskiego prezydenta, czy czarny, foliowy worek z etykietę informującą o zawartości: "Putler kaput".  

 

© Lena Magda Spot All rights reserved . Design by Blog Milk Powered by Blogger